sobota, 14 lutego 2015

Ryzyko, które trzeba podjąć

Ostatni raz wiedziałam, co chcę w życiu robić gdy byłam dzieckiem. Oczywiście nie jestem ani policjantką, ani modelką, ani sławną panią z telewizji. Kiedyś wszystko wydawało się takie proste i oczywiste. Dziś mam 29 lat (jeszcze przez 4 miesiące) i nie mam pojęcia co chcę w życiu robić. Nie umiem znaleźć jednej rzeczy, w której byłabym świetna i która przykuła by moją uwagę na tyle, żebym chciała to robić przez całe życie. Raz kiedyś w liceum zamarzyło mi się być sławną projektantką mody, ale zderzenie z rzeczywistością ASP skutecznie mi to wyperswadowało. Nie to, że byłam kiepska. Podobno moje prace na egzaminie mieściły się w pierwszej trójce. Po prostu do egzaminu przygotowywała mnie osoba, która w danym roku nie miała nic do gadania przy rekrutacji i ocenie prac. Z otwartymi ramionami chcieli mnie natomiast przyjąć na studia zaoczne, na które nie było mnie stać. Słyszałam, że zostawianie pieniędzy na tamtejszych kursach mogło mnie przybliżyć do upragnionego miejsca na liście studentów. Poradzono mi, żebym startowała na mniej oblegany kierunek i po roku ubiegała się o przeniesienie. I tutaj pojawiła się ściana między mną a moimi marzeniami. Pierwszy etap - ocena teczek. Pan egzaminujący patrzy na moje prace i mówi "o, chyba chodziła pani na kurs". Bezmyślnie odpowiadam "a tak, ale na ubiorze". Panu twarz stężała, podziękował, odszedł do kolegów i powiedział coś ze skinieniem w moją stronę. Cała grupka z pełną synchronizacją skreśliła coś z trzymanych przez siebie kartek. Nie zdziwiło mnie to, że po kilku dniach wyczytałam swoje nazwisko z listy odrzuconych. Wtedy już chyba na dobrze przestałam mieć jakiś plan. Owszem, mam marzenia, które chciałabym spełnić, ale nie jest to coś, co do czego mogę stwierdzić "robię to i już". Póki co bujam się w lekkim marazmie, w pracy, która jest mi obojętna. I wciąż szukam tego co jest mi pisane.
W tej chwili szukam też po cichu nowej pracy. Chodzę na rozmowy, mniej lub bardziej sensowne. Ostatnio byłam na rozmowie totalnie absurdalnej. Praca w administracji centrum handlowego, w ofercie w wymaganiach generalnie to samo co robię teraz. Warunki niezłe. Czemu nie? Pani najpierw maglowała mnie przez pół godziny, próbując mi pokazać, że jednak praca, którą oferuje znacznie różni się od mojej obecnej. Że będę musiała pracować jako marketingowiec, księgowa, sekretarka, spec od reklamy, nadzorca... Mało brakowało, żeby zaczęła wymieniać, że będę się też zajmować fizyką kwantową. Następny etap nie lepszy - napisz oficjalne pismo, przetłumacz tekst z polskiego na angielski, dwa trzy lub czteroetapowe zadania w excelu. Już myślałam, że jeszcze trzeba będzie stanąć na głowie i wyrecytować inwokację z Pana Tadeusza. Po ponad godzinie pani, która chyba okazała się być panią dyrektor poprosiła mnie jeszcze o chwilę rozmowy, po czym oznajmiła, że w ofercie tego nie napisali, żeby nie odstraszyć kandydatów, ale to jest praca na zastępstwo, ale często przedłużane są takie umowy. Myślę sobie - trochę lipa, no ale jeśli płaca by była dobra i chociaż pół roku, żeby się pokazać... No i tu pani zgasiła mnie po raz kolejny. Nie wiadomo ile trwać będzie zastępstwo, może pół roku, może miesiąc, może dwa, ale jak to ujęła "to ryzyko, które trzeba podjąć". Cóż, mówią "kto nie ryzykuje, ten nie ma", ale kto byłby takim idiotą, żeby podejmować ryzyko, dla pracy z kimś, kto nawet nie był na tyle fair, żeby wstawić taką informację w ogłoszenie. Ba, żeby chociaż zacząć od tego rozmowę. Podziękowałabym serdecznie po 5 minutach.
Może tak jest, że skoro boję się podjąć ryzyko jeszcze nic nie osiągnęłam. A może to jeszcze nie był mój czas i coś mnie nagle olśni i będę wiedziała, że chcę robić to i nic innego. Nie chcę być przeciętniakiem w dziedzinie, która miałaby być sensem mojego życia. A póki co nie znalazłam zajęcia, w którym byłabym wyjątkowo dobra. Mam nadzieję, że to się niedługo zmieni.